były terapeuta01.04.2025 13:02
Były pracownik
Stosowanie systemu przesiewowego wśród pracowników, czyli: dostaniesz informacje co oczekiwane od ciebie jest i jeśli to spełnisz, zostajesz, jak nie - do widzenia. Szkoda tylko, że trzeba to było wywnioskować dopiero po wyrobieniu wszystkich godzin stażowych, czyli już podczas pracy na umowie.
Szkolenie było w porządku, pani wprowadziła mnie myślę, że poprawnie, tłumacząc wszystko co istotne, ale w momencie gdy przekazała już wszystko, przestała się interesować moją pracą i dawać jakikolwiek feedback. Ciężko mi było ocenić czy robię coś dobrze czy źle, bo tego nie komentowała. Odpowiadała na moje pytania, ale nie można było liczyć na jej dalszą pomoc. Trochę było tu poczucie bycia jak dziecko we mgle.
Gdy pani Monika Zielińska była u mnie w klasie pracując z innym dzieckiem i uznała podczas naszej czysto zawodowej konwersacji moją odpowiedź za niesubordynację bądź błąd w pracy, zaczęła się obserwacja moich poczynań. Od tamtego czasu inni terapeuci mieli obserwować i wspomagać moją pracę, a dodatkowo zdawali relację na temat moich poczynań, co po tygodniu "próbnym, naprawczym" miało wpłynąć na moje pozostanie lub zwolnienie. Niektórzy dawali mi wskazówki co do poprawy, ale głównie punktowano mi błędy. Ani podczas stażu, ani podczas pracy nie uczono mnie w jaki sposób mam nauczyć się umiejętności których ode mnie wymagano (i nie przedstawiono ich ani w formularzu zgłoszeniowym, ani podczas rozmowy rekrutacyjnej).
Wszystko to poprzedzone było nieprofesjonalną wiadomością od przełożonej, że "dochodzą do niej słuchy...", wtedy to pierwszy raz dano mi jakikolwiek feedback dotyczący mojej pracy i był on szokująco negatywny. Brak było nazwisk, nikt mi w twarz wcześniej nic nie powiedział. Po mojej odpowiedzi wyjawione było nazwisko pani Moniki oraz otrzymałam jej osobista wiadomość w moją stronę pisaną poprzez przełożoną... Uwagi były trafne, ale zastanawiam się dlaczego mnie w ogóle przyjęto, skoro było w moim kierunku zastosowanych tyle uwag - nie były to rzeczy, które można było poprawić w jeden dzień.
Po tygodniu przyszło do mnie zaproszenie na rozmowę z przełożoną, gdzie poinformowała mnie o zwolnieniu, dając 2 tygodnie na znalezienie pracy. Uznano, że moja poprawa jest niewystarczająca. To był tydzień bycia pod nieustającą presją, bowiem codziennie było się poddanym ocenie.
Patrząc z perspektywy czasu, dobrze się stało. Ta placówka nie byłaby rozwojowym miejscem dla przyszłego psychologa - terapeuci nie mają dostępu do diagnoz dzieci, do wywiadów z rodzicami, dostają tylko programy, czyli ćwiczenia i wytyczne jak reagować podczas wypisanych w programie zachowań dzieci. Programy często były wybrakowane, przestarzałe (z tego co pamiętam za nie odpowiadali inni terapeuci), ale jednocześnie też dobrze dbali o to, by przekazywać między sobą potrzebną do pracy wiedzę. W razie trudności można było liczyć na odpowiedź.
To praca oparta na czystej behawiorystyce, co uważam za mało. Ten nurt jest oczywiście pod wieloma względami efektywny, gdy się go stosuje w najbardziej odpowiadających mu przypadkach, a zwłaszcza w pracy z dziećmi, lecz mimo to, często brakowało z dziećmi na przykład pracy poznawczej.
Oceniam to miejsce za bardzo stresujące. Wymaga elastyczności, bo kadry często nie ogarniały, podobnie z grafikami. Dobrze odnalazłyby się tu osoby lubiące pracę w pojedynkę, z doświadczeniem z trudnymi zachowaniami u dzieci.